Edward Warren Miney (* 7. september 1926, Bridgeport, Connecticut, USA – † 23. august 2006, Monroe, Connecticut) a Lorraine Rita Warrenová (* 31. január 1927, Bridgeport, Connecticut – † 18. apríl 2019, Monroe, Connecticut) boli americkými paranormálnymi vyšetrovateľmi. V Connecticute si otvorili vlastné okultistické múzeum s
Ed and Lorraine Warren on their son-in-law’s Youtube Channel Official Ed and Lorraine Warren Channel. The most famous of the Warren’s investigations was the home at 112 Ocean Avenue in Amityville, New York. In the home in 1974, Ronald DeFeo Jr. murdered six members of his family with a shot gun in the middle of the night.
That said I still enjoy those movies. Real Ed and Lorraine Warren, definitely con artists because she had no abilities, because they don’t actually exist, see James Randi on YouTube for some psychic debunking, they’re great. But Ed and Lorraine Warren the on screen couple? They’re awesome, so who really cares if the real people were douchers?
Fans of Lorraine Warren and her paranormal body of work are in mourning following the 92-year-old's death on Thursday. Warren, who traveled the country with her late husband Ed Warren, lecturing about demons, the supernatural and physic phenomena, died peacefully in her sleep, her son-in-law said. Although the exact cause of death has not been
Funeral held for renowned paranormal investigator Lorraine Warren. Apr 24, 2019, 9:47am Updated on Apr 24, 2019. Her and her husband Ed founded the New England Society for Psychic Research.
This lends weight to the theory that Sister Irene and Lorraine Warren are the same person, but there's another explanation. At the end of The Nun, Ed and Lorraine were at Frenchie's exorcism and knew he had become possessed 20 years earlier. Since Father Burke survived, he would have delivered a full report to the Vatican, including the demon's
Ed And Lorraine Warrens Most Terrifying Moments Subscribe: http://bit.ly/30cv31bSubscribe To Our Main Channel: http://bit.ly/2Ibyk6iCheck Out Our Facebook Pa
The franchise kicks off with Ed and Lorraine Warren's 1971 case, but the earliest event in the franchise is Valak's defeat in the Dark Ages, which is followed up by her return in The Nun movies, a demonic doll's hauting in the Annabelle trilogy, and the Warrens' other cases in the mainline The Conjuring sequels.
Ed Warren passed away in 2006. Farmiga also shared a tribute to Warren earlier today on Twitter, sharing a photo of the two while adding, "My dear friend Lorraine Warren has passed. From a deep
Penney, now in her 70s, lived with the Warrens for years, who claimed she was a niece or "poor girl" they took in, as The Hollywood Reporter says. She slept across the hall from them before eventually moving into a second-floor apartment built just for her. Sometimes Ed would sleep there, possibly sometimes with Lorraine.
jeaVo. ROZDZIAŁPIERWSZYBiała wieża kościoła wznosi się wysoko nad soczyście zielonym zboczem wzgórza, wskazując z daleka urocze, historyczne miasteczko Brookfield w stanie iglica należy do kościoła kongregacyjnego, który stoi tam od czasu, gdy ponad dwa wieki temu na tym obszarze pojawili się purytańscy jest stare jak sama Ameryka. Było świadkiem każdej epoki amerykańskiej historii; jego synowie walczyli w każdej wojnie, od Rewolucji po zaczęli zasiedlać ten obszar siedemdziesiąt pięć lat przed spisaniem Deklaracji Niepodległości. Podstawowym zajęciem było wówczas rolnictwo, a dla pierwszych osadników równie ważna była religia – religia pełna ognia i kongregacjonaliści purytańscy, którzy osiedlili się na tym terenie, uznawali Biblię za niekwestionowany plan wiodący do zbawienia i niekwestionowany przewodnik postępowania. Dla tych grzeszników, którzy nie zrozumieli „wiadomości”, zbudowano dyby i pręgierze. Nic dziwnego, że Brookfield pewnego dnia stało się polem bitwy dobra i początek wspólnoty miał charakter religijny. Do roku 1755 kongregacja rozrosła się na tyle, by ogłosić swoją niezależność, a okolica stała się znana jako Newbury lata później, we wrześniu 1757 roku, w miejscu dzisiejszego kościoła kongregacyjnego Brookfield poświęcono dom spotkań. Tamten jesienny dzień był podwójnie wyjątkowy, ponieważ budynek nie tylko został poświęcony, lecz także pierwszą uroczystością, która się w nim odbyła, było wyświęcenie młodego seminarzysty o nazwisku Thomas Brooks. W 1788 oroku miasteczko od jego nazwiska zyskało nazwę Brooks zmarł w tym samym roku co George Washington, w 1799, ale Brookfield świetnie prosperowało i rozrastało się. Wzdłuż „Turnpike”, rogatki, która biegła przez centrum miasta, wybudowano reprezentacyjne domy, szkoły, kościoły, stajnie i co zaczęło się jako Newbury Parish, stanowi teraz Brookfield Center. I na pierwszy rzut oka wydaje się, że na przestrzeni wieków niewiele się zmieniło. Te same białe domy z desek, płoty z palików i kamienne słupki do uwiązywania koni stoją wzdłuż dawnej Turnpike, dziś znanej jako Route 25. Na wiosnę wciąż obficie kwitną bzy i forsycje; jesień nadal eksploduje kolorami. W ciepłe, letnie, sobotnie popołudnia dominującym dźwiękiem odbijającym się echem po zboczach wzgórz jest brzęk lodu w mocnym ginie z tonikiem. Dzisiejsze życie w Brookfield jest dla pewnej rodziny mieszkającej dosłownie w cieniu kościoła kongregacyjnego spokojne życie w Brookfield latem 1980 roku skończyło się gwałtownie i lipca 1980 dźwięk kościelnego dzwonu mówi miasteczku, że wybiła godzina podwórzu domu Glatzelów zapada decyzja, żeby przed końcem pracy w tym dniu pojechać po jeszcze jedną ciężarówkę wysokie brzozy przemyka łagodny powiew, podczas gdy zniszczona, czerwona wywrotka cofa się do wysokiej sterty. Łyżka żółtej koparki napełnia naczepę żyzną ziemią Connecticut.– Zabieraj – mówi stanowczo Glatzel zmusza załadowaną po brzegi wywrotkę, by ruszyła przed siebie i wydobywając z silnika diesla głośny, wysilony dźwięk, wiezie ciemną glebę do domu.– David – woła jego matka. – Chodź już, synku. Wystarczy na wyładowuje ziemię.– Idę, mamusiu – i Judy Glatzel mieszkają w dużym, beżowym domu wybudowanym dwadzieścia pięć lat temu. Przeprowadzili się tutaj z Norwalk, Connecticut, w 1969 roku. Dom Glatzelów stoi na wzgórzu, nieco ponad półtora kilometra od Route 7 – słynnej starej drogi – otoczony kawałem zalesionej ziemi. Od frontu rozciąga się zachwycający widok na niebo, wzgórza i dramatyczne, pomarańczowe zachody i Judy Glatzelowie są małżeństwem od dwudziestu siedmiu lat. Mają czworo dzieci. Czterdziestosześcioletni Carl Glatzel jest dużym, twardym mężczyzną z bujną, szarą brodą. Wygląda jak skrzyżowanie komandora Schweppesa ze znanej reklamy napojów i Świętego Mikołaja. Jest mechanikiem specjalizującym się w ciężkich maszynach budowlanych i odpowiada za konserwację drogich, skomplikowanych urządzeń. Ciężko pracuje, a w nocy śpi jak zabity. To prostolinijny, uczciwy człowiek, który nie toleruje wymysłów i lenistwa. Jego dzieci go uwielbiają, ale kiedy każe im skakać, proszą o pozwolenie, żeby wrócić na Glatzel to atrakcyjna blondynka o głęboko osadzonych oczach, w ogóle nie wyglądająca na swoje czterdzieści cztery lata. Z wyglądu drobna i krucha, jest matką nieznoszącą nonsensów. Życie Judy koncentruje się na domu i rodzinie, a bycie gospodynią przynosi jej satysfakcję. Choć cicha, jest bardzo spostrzegawcza i momentalnie rozpoznaje Glatzel mają córkę i trzech synów. Debbie ma dwadzieścia sześć lat i jest ich pierworodną; po niej urodziło się trzech chłopców: Carl Junior, lat czternaście; Alan, lat trzynaście; i David, jest wysoka i smukła, z głębokimi, zielonymi oczami i długimi, kasztanowymi włosami upiętymi w kucyk. Ma rozwiniętego ponad wiek syna Jasona, rezultat krótkiego małżeństwa z nastoletnich czasów. Jakkolwiek od niej wyższa, Debbie jest bardzo podobna do Glatzelów są dużymi, krzepkimi dziećmi, które wyraźnie wdały się w ojca. Ich osobowości się jednak różnią. Carl Junior uwielbia motocykle i podnoszenie ciężarów. Jak większość chłopców w jego wieku, nie może się doczekać prawa z drugiej strony, jest cichy i skłonny do popadania w zamyślenie. To obserwator z zamiłowaniem do fotografii i komputerów. Rodzina spodziewa się, że Alan wybierze karierę pracownika wreszcie jest David – pulchny jedenastolatek. Ulubieniec rodziny. Naturalny, o słodkim charakterze i wiecznie gotowy do śmiechu, lubi przebywać na dworze, bawiąc się swoją flotą zabawkowych ciężarówek i David wraca do domu, Judy kieruje go prosto do wanny.– Jak się wykąpię, to chciałbym zobaczyć Popeya – mówi David do brata siedzącego w siedzi na kanapie przed telewizorem. To dwieście czterdziesty pierwszy dzień kryzysu zakładników w Iranie, a w programie, który ogląda, podano informację, że urzędnik z ambasady, Richard Queen, być może w ciągu tygodnia wróci do dole, w warsztacie, Carl Junior pomaga ojcu w naprawie silnika do jednego z ich skuterów śnieżnych o pojemności trzystu czterdziestu centymetrów sześciennych. Jazda na skuterach śnieżnych to jedna z ulubionych rozrywek rodziny, a oni posiadają cztery krześle przed szafą na bieliznę stołową i pościelową stoi Debbie. Obok, na podłodze, leży do połowy wypełniony karton.– Mamo, używasz tych muślinowych zasłon? – pyta.– Możesz je wziąć – odpowiada Debbie i podaje materiał matce, która go składa, a następnie chowa do się pakuje; jutro ma zamiar rozpocząć zupełnie nowe gdy chłopcy są już w łóżkach, Carl i Judy Gratzel odbywają długą, poważną rozmowę ze swoją córką. Debbie od wielu lat nie mieszkała z nimi, ale krok, który zamierza zrobić, jest poważny. Jej rodzice chcą się upewnić, że podjęła właściwą Glatzel to profesjonalna psia fryzjerka w schronisku w pobliżu Newtown. Mieszka jednak w Bridgeport, około trzydziestu kilometrów na południe, w domu Mary Johnson. Mary, rozwódka, walczy, by wychować trzy córki i osiemnastoletniego syna, Arnego. Debbie mieszka z nią już przeszło cztery lata. W tym czasie Debbie i Arne zakochali się w sobie i na jesieni planują w Bridgeport przestało odpowiadać tak Debbie, jak Johnsonom. Nie chodzi tylko o problemy Debbie z dojazdami do pracy – samo miasto jest nieprzyjemne i o wysokim poziomie przestępczości. Arne Cheyenne Johnson go nie znosi i chce się wyprowadzić. Od dawna pragnął życia w jakimś lepszym miejscu – nie tylko dla siebie, lecz także dla swojej matki i sióstr. Tu na ulicach wciąż były walki, pijaństwo i wszystkim zagrażało niebezpieczeństwo, więc bardzo chciał się stąd tak od sześciu miesięcy Arne i Debbie przeglądali gazety w poszukiwaniu dużego domu na zalesionej działce na północ od Bridgeport, w górze hrabstwa Fairfield, gdzie mile byłyby widziane dzieci i zwierzęta. Wydawało się to niemożliwe, aż pewnego dnia pod koniec kwietnia 1980 roku w Bridgeport Post znaleźli dokładnie to, czego położony w lesie, przy krętej wiejskiej drodze, znajdował się tuż za granicą Brookfield, w Newtown. Miejsce wydawało się idealne. Było tam wszystko, czego chcieli. Nawet George, ich sympatyczny owczarek, był mile widziany.– To wasz dom – z osobliwym naciskiem powiedziała Debbie właścicielka. – Chcę, żebyście tu miał się zwolnić w domu miało rozwiązać pewne złożone problemy. Mary Johnson musiała utrzymywać troje własnych dzieci, plus dziewięcioletnią bratanicę, nie mając męża ani nie dostając zasiłku na dzieci. Z tego powodu Arne Cheyenne Johnson, odkąd nauczył się chodzić, był głową rodziny. To on ją spaja. Rzucił szkołę w dziesiątej klasie, by pomóc utrzymać rodzinę. Jego współczucie i poczucie odpowiedzialności były wyraźne nawet, gdy był dzieckiem, gdy jako roznosiciel gazet wziął swoje odłożone zarobki, dwieście pięćdziesiąt dolarów, i kupił matce stary samochód, żeby nie musiała chodzić prawie pięciu kilometrów wzdłuż autostrady do pracy na stanowisku sprzątaczki w Holiday Mary Johnson, w wieku czterdziestu dwóch lat, jest nieuleczalnie chora na bolesną postać raka okrężnicy, co dodatkowo komplikują problemy z tarczycą. Celem Arnego i Debbie jest pracować, płacić rachunki i odciążyć panią Johnson, która potrzebuje odpoczynku i opieki. Zdecydowali się zostawić główny dom dla Mary i dziewczynek, a sami zamieszkać w mieszkaniu w przybudówce.– Wasze plany brzmią nieźle – zwraca się Carl do córki. – Ale mówisz o wychowywaniu własnego syna, plus wzięciu odpowiedzialności za trzy młode dziewczyny, teściową, która wymaga kosztownej opieki medycznej, duży dom, pracę na pełen etat i męża. To bardzo ambitne założenia!– Wiem – przyznaje Debbie. – Ale przecież już teraz tak żyjemy, poza tym, że nie jesteśmy z Arnem małżeństwem. Przeprowadzka nic tu nie zmieni, a poza tym w mieście nie ma dla Arnego pracy w ogrodnictwie.– Dobrze, zatem porozmawiajmy o finansach. Jakie będą tam miesięczne koszty utrzymania? I ile zapłaciłaś do tej pory?– Umowa opiewa na pięćset pięćdziesiąt dolarów czynszu za miesiąc, łącznie z rachunkami. Nie moglibyśmy sobie na to pozwolić, gdybyśmy musieli płacić dodatkowo za opał, elektryczność i co tam jeszcze – przyznaje szczerze.– Masz to na piśmie?– Mary ma dzisiaj podpisać umowę najmu – mówi mu Debbie.– Jaką daliście kaucję? – pyta Judy.– Dwumiesięczny czynsz – odpowiada Debbie. – Tysiąc sto dolarów.– Chryste! – woła Carl. – Skąd wzięliście takie pieniądze?– Zrzuciliśmy się – odpowiada Debbie. – Arne i ja zapłaciliśmy z własnych pieniędzy, a Mary dała to, co musiałaby w tym miesiącu wydać na czynsz w Bridgeport.– Wydałaś wszystko, co miałaś, prawda? – pyta Judy.– Tak – niechętnie przyznaje Debbie. – Ale Arne ma pracę. W przyszłym miesiącu zaczyna jako chirurg drzew. A do tego czasu pracuje na część etatu razem ze mną w schronisku i ma też prywatne zlecenia ogrodnicze.– Może wstrzymalibyście się jeszcze kilka miesięcy, zanim weźmiecie na siebie taki ciężar? – sugeruje Judy.– Mamo, nie możemy. Wpłaciliśmy już pieniądze, a Mary zdała dom w Bridgeport. Czy nam się to podoba czy nie, jutro musimy się przeprowadzić.– Jak dla mnie, to chyba liczycie na łut szczęścia – podsumował Carl, sięgając po portfel. – A szczęściem nie zapłacicie za jedzenie. – Odlicza pięć dwudziestodolarówek i podaje je Debbie. – Wiem, że wszyscy ciężko pracujecie, ale to się wam przyda na początek. Oddasz, gdy już się urządzicie. Ale na razie nie chciałbym, żeby wam się noga powinęła.– Dziękuję, tatusiu – z prawdziwą wdzięcznością mówi Debbie. – Naprawdę was jest i Judy kładą się do będzie spać na tego nie wiedzą, właśnie mają za sobą ostatni normalny dzień w drugiego lipca, dla Debbie Glatzel zaczęła się normalnie. Wstała wcześnie i załadowała do bagażnika swojego samochodu ubrania i kartony. Potem pojechała trzydzieści kilometrów do Bridgeport po Arnego i Jasona, swojego syna oraz ich owczarka, George’a. O dziesiątej trzydzieści znaleźli się na Route 25 i jechali do domu w tuż przed jedenastą wtoczyli się na podjazd, były trzydzieści dwa stopnie i temperatura rosła.– Mamo, to właśnie tutaj będziemy teraz mieszkać? – zapytał Jason, entuzjastycznie wyciągając się na tylnym siedzeniu i wielkimi oczami gapiąc się na dom.– Tak jest – powiedziała Debbie. – Podoba ci się?– Ojacie, no pewnie! – Wyskoczył z auta i pobiegł długim, niewybetonowanym podjazdem, z rozbawionym psem depczącym mu po i Arne wysiedli równie podekscytowani. Arne Cheyenne Johnson to niski, muskularny mężczyzna z gęstwiną jasnych włosów i cichym głosem. Chociaż ma tylko osiemnaście lat, na jego twarzy znać siłę. Nie ma lekkiego życia, a jego charakter ukształtowały przeciwności. W jego przekonaniu sprawy zaczęły się teraz i Debbie stanęli, chłonąc widok. Dom był jednopiętrowy, pomalowany na wojskową zieleń, z beżowymi okiennicami. Podzielony został na dwie części: prawa, stanowiąca główną bryłę, była większa, a lewą tworzyła przybudówka wielkości mniej więcej garażu na jeden samochód. Nad domem górowały okazały dąb i klony w pełnym rozkwicie. W lesie śpiewały ptaki. W porównaniu z syrenami i męczącymi dźwiękami miasta w Bridgeport, ten spokój był do głębi weszli do środka, Arne i Debbie zrobili sobie powolny spacer wokół budynku. Przez ich entuzjazm zaczęło się przebijać rozczarowanie. Wszystko porastała wysoka trawa, a podwórko było istną gęstwiną wrzośca i innych krzaków. Czerwonawobrązowy dach wymagał naprawy. Ze ścian łuszczyła się farba, wysuszone elementy drewniane należało koniecznie pomalować. Drzwi frontowe ledwie się trzymały. Po obu stronach schodków prowadzących do wejścia rosły nieprzycięte cisy, częściowo zasłaniając okna frontowe.– Jest gorzej niż myślałem – przyznał Arne.– No, nie jest za ciekawie – zgodziła się Debbie. – Ale do końca miesiąca będziemy musieli się tym wszystkim zająć. Poza tym w środku jest w rozejrzała się za synem.– Jason, wchodzimy do środka. otworzył drzwi i wkroczyli do dusznego, gorącego wnętrza, w którym unosił się nieprzyjemny zapach Debbie zaczęła otwierać okna, żeby przewietrzyć, Arne wrócił do drzwi frontowych i przytrzymując je, zawołał psa. Zwierzak dopadł schodków, po czym się zatrzymał.– Chodź, piesku! No chodź! – wołał Arne, ale biało-szary owczarek szczeknął i cofnął się na środek dał mu spokój, sądząc, że pies uznał, że w środku będzie mu za przeciwieństwie do elewacji, która zdecydowanie wymagała uwagi, wnętrze wydawało się w porządku.– Na razie nieźle – powiedziała mu Debbie. – Tammy, ta dziewczyna, która mieszkała tu poprzednio, chyba wszystko zabrała.– Dlaczego się wyprowadziła? – zapytał Arne.– Chyba jakieś rozwodowe historie. Wróciła z córką do Bridgeport. Dla niej samej czynsz był zbyt końcu korytarza Arne otworzył drzwi do prawej tylnej sypialni. Debbie i Jason weszli za nim i odkryli wielkie, napełnione łóżko wodne z lustrzanym baldachimem, zajmujące prawie cały pokój.– O rany! – wykrzyknął Jason, szykując się, żeby na nie złapała go za ramię.– Zapomnij – powiedziała. – Nie jest nasze, a jeśli się zepsuje, to nie będzie nas stać, żeby je odkupić. Trzymaj się z dala!Chociaż w domu nadal było gorąco, Debbie poczuła z korytarza nagły, wyraźnie zimny powiew ciągnący od klapy na poddasze.– No, i co myślisz? – spytał Arne.– Myślę, że powinniśmy rozpakować samochód i zająć się meblowaniem – krótko odparła Debbie.– Nie, mam na myśli zamieszkanie tutaj… i płacenie wysokiego czynszu za taką ruderę.– Oszalałeś? Wprowadzamy się. Dzisiaj! Już!– Debbie, nie musisz krzyczeć.– Wcale nie krzyczę!– Krzyczysz, Deb.– Cholera jasna, przestań się mnie czepiać! – wrzasnęła.– Nie nazywam się cholera jasna i nie czepiam się – zaprotestował Arne.– No, ciekawe! – krzyknęła. – Skończ z tym gównem i do roboty!– Co ci się stało?– Nic mi się nie stało, do diabła! Nic mi nie jest! Co, do diabła ciężkiego, stało się z tobą? –zapytała nigdy dotąd nie odzywała się w taki sposób. Arne patrzył na nią przez dłuższą chwilę, a potem poszedł do Debbie wyszła i dołączyła do chłopaka, który wyciągał kartony z auta. Czuła się okropnie.– Przepraszam, że krzyczałam. Naprawdę nie chciałam. Nie wiem, co mnie napadło.– Debbie, nie ma sensu tak się wściekać.– Arne, dziś jest nowy początek. Wszystkiego. Proszę, wybacz mi, że na ciebie krzyczałam. Skarbie, nie jesteś na mnie zły?– Nie, nie jestem – odparł. – Po prostu nie sądzę, żebym ja mógł się wściec na ciebie; kocham następną godzinę Arne, Debbie i Jason sumiennie pracowali. Rozładowali auto, a potem wnieśli meble, które były złożone w piwnicy. Wielu rzeczy im brakowało, ale to, co mieli, było jedną czwartą powierzchni piwnicy odgradzały ściany ze sklejki, co wyglądało jak doskonałe miejsce na magazyn. Jednak ta część była zamknięta na klucz, a Arnemu nie udało się jej otworzyć. Był to kolejny irytujący szczegół, jak to łóżko górze wyłaniał się kolejny problem. Podczas gdy Arne kręcił się po piwnicy, Debbie odkryła, że pośród kluczy, które dała jej pani Johnson, nie ma klucza do przybudówki. Zerkając przez zasłonę widziała, że mieszkanko, do którego miała się wprowadzić razem z Arnem, nadal było zajęte. Debbie wiedziała, że zajmowała je bratanica właściciela, ale miała je opróżnić do pierwszego omówieniu tej kwestii Arne i Debbie zdecydowali się zadzwonić do pani Johnson. Przez telefon Debbie dowiedziała się, że gdy Mary podpisywała umowę, właścicielka wspominała, że jej córka, która z powodów zdrowotnych wyjechała na zachód, zmieniła plany i nie zwolni tego mieszkania do połowy lipca. Arne i Debbie nie wierzyli własnym uszom. Jednak mając jako alternatywę powrót do miasta, postanowili podejść do tej sprawy wrócili do domu, była dwunasta trzydzieści. Debbie zaczęła rozpakowywać pudła i zapełniać szuflady komody, podczas gdy Arne szorował łazienkę. Jason badał okoliczne pierwszej przyjechała matka Debbie. Jeszcze tutaj nie była i obiecała, że przywiezie lunch i im pomoże. Wzięła ze sobą Davida, Alana i młodego lunchu Debbie i Arne zabrali Judy na oględziny domu, a potem spytali ją o zdanie.– Jak to się stało, że nie wzięliście tego miłego domu w Botsford? – brzmiała ogólnikowa odpowiedź Judy. – Wszystko tam było: stawy, stodoła, zagospodarowany ogród, nowoczesny dom.– Ale po sąsiedzku z cmentarzem – odparła Debbie. – Poza tym jedna ze stodół była w połowie spalona. Co to za farma ze spaloną stodołą? Nie odpowiadało mi to miejsce. Podobało mi się, ale nie mogłabym tam mieszkać.– Cóż, Debbie, będę z tobą szczera: to miejsce wcale nie jest lepsze. Nie podoba mi się! – powiedziała Judy wprost. – Jest w nim coś dziwnego. To nie jest szczęśliwy dom.– Oj, mamo, przywykniesz. Wiem, że jest tu ciemno i trzeba te wnętrza trochę rozweselić, ale daj nam miesiąc i sama zobaczysz podskoczyli na dźwięk ciężkich drzwi do piwnicy, które zamknęły się z hukiem. Siła uderzenia była taka, że zadrżały szyby.– Boże jedyny! – wykrzyknęła Debbie, otwierając drzwi. – Na górę! Już!Carl, Alan i David z opuszczonymi głowami wspinali się po schodach z piwnicy, jak jeńcy wojenni pojmani na polu przypomniała im stanowczo, że mieli pracować, a nie się bawić, i poleciła, żeby spytali Arnego, co jest do chłopców Glatzelów Arne był jak starszy brat. Ufali niezwłocznie znalazł im stosowne zajęcia. Carl dostał szpachelkę i zadanie oskrobania farby, przez którą nie dało się otworzyć okien. Alan został wyposażony w miotłę i polecono mu zamieść podłogi. David miał obejrzeć wszystkie szafy i szafki, by sprawdzić, czy nie zostały w nich jakieś zabrali się za zlecone prace, nie mając pojęcia, że oto są ostatnie chwile ich niewinnego dzieciństwa. W ciągu godziny miało dojść do incydentu oznaczającego początek niezrozumiałego, diabelskiego ataku, który z czasem na zawsze zmieni życie każdego członka rodziny Johnsonów i większą część godziny panował spokój, w który nagle wdarł się chichot chłopców. Co było nieuniknione, odkryli łóżko wodne. Dorośli zastali Carla, Alana i Jasona kulających się po materacu, żeby wywołać „fale”. David, jak zwykle nieśmiały, nie przyłączył się do tych wygłupów i obserwował je z się ostre słowo Judy, chłopcy zeskoczyli z łóżka i wymaszerowali z sypialni, a za nimi w pokoju został David. Podchodząc do stóp łóżka, zauważył, że jego powierzchnia nadal leciutko faluje. Potem odwrócił się do okna i zdał sobie sprawę, że zaczęło w niepojęty sposób, David poczuł jakby dwie duże dłonie – przypominające dłonie mężczyzny – naciskające mu na brzuch. Chwilę potem został ciśnięty na łóżko. Wylądował płasko na sześćdziesiąt osiem kilogramów przy stu pięćdziesięciu dwóch centymetrach wzrostu, David jest ciężkim dzieckiem i żeby go powalić trzeba niemałej obrócił się pospiesznie, spodziewając się, że zobaczy Jasona albo któregoś ze swoich braci, którzy zrobili mu taki nic z tych rzeczy. Gdy David odwrócił się, żeby sprawdzić, kto go popchnął, opadła mu chłopcem, u stóp łóżka, z dzikim, złośliwym wyrazem twarzy, stał mężczyzna, czy raczej obraz mężczyzny. Do Davida nagle dotarło, że widzi przez tę postać!Chłopiec zamarł z przerażenia. Cały drżał. Patrzył na widmo, które z wolna uniosło rękę i wskazało dokładnie na mu waliło, ciało dygotało, czuł się jakby tracił rozum. David patrzył, jak postać się cofa i znika z widoku. Chłopak trząsł się z zimna, które go ogarnęło na skutek zgramolił się z łóżka, nie spuszczając wzroku z miejsca, w którym pojawiło się to coś. Wciąż tam patrząc, wymknął się z w salonie, a w głowie mu się kręciło. Nie mógł zrozumieć, co mu się przydarzyło. Wiedział tylko, że był przerażony, i że ten strach był czymś Debbie go zawołała i poprosiła, żeby pomógł Alanowi zanieść jakiś karton do sypialni z łóżkiem wodnym, David aż się zadławił.– Nie! – krzyknął. – Nie! Nie wrócę tam!– A tobie co się stało? – spytała Debbie.– Nic – powiedział z rozdrażnieniem i ruszył do kuchni, gdzie pracowała Judy.– Mamo, chcę jechać do domu. Chcę zaraz jechać do domu!– David, jeszcze trochę – odparła, nie odwracając wzroku znad zlewu, który szorowała.– Teraz! – nalegał. – Nie chcę tu być.– David, przykro mi, ale nie!Wystraszony i czując się zupełnie sam, David wybiegł na dwór i odmówił powrotu do środka. Razem z psem usiadł na frontowym trawniku pod drzewem, które chroniło od mżawki. Po twarzy chłopca spływały łzy, gdy spoglądał na mroczny, teraz groźny w pokoju z łóżkiem wodnym doszło do kolejnego dziwnego epizodu. Carl i Alan zatargali tam pudło i wsunęli je w narożnik. Gdy już mieli wychodzić, drzwi się zamknęły – same. Nieważne, jak kręcili i manipulowali klamką, nie mogli ich otworzyć. Coś było nie w porządku. Czując się jak w pułapce, Alan i Carl zaczęli wołać o pomoc. Dźwięk ich głosów powinien się nieść przez pusty dom, ale nikt ich nie usłyszał. Gdy Alan znowu spróbował przekręcić klamkę, działała idealnie.– Nie słyszałaś, jak wołaliśmy? – spytał Alan Debbie.– Nie – odparła. – A co?– Zatrzasnęliśmy się w sypialni.– No i fajnie. Ależ jesteś sprytny – skomentowała cierpko i poszła do kuchni, w której nadal uwijała się jej matka.– O co chodzi Davidowi? – spytała Judy.– Pewnie się nudzi. Albo może ten upał go zmęczył – odpowiedziała bez komentarza przyjęła to wytłumaczenie.– Wiesz co, zasuwam tu większą część popołudnia – rzekła Judy – i co nieco odszorowałam… no, mniej więcej… ale marnie to wszystko wygląda. Byłam wcześniej w salonie i polerowałam to długie lustro, że mało mi ręka nie odpadła. Ale jest w nim jakaś mgiełka, głęboko w środku; nie odbija jak trzeba. A gdy poszłam na tyły domu ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Jesteś pewna, że chcesz się w to pakować?– Mamo, niczego nie jestem pewna. Wiem tylko tyle, że to lepsze niż Bridgeport, i już utopiliśmy kupę kasy w czynszu. Po prostu dołożymy starań, żeby wszystko się tej chwili do drzwi frontowych zastukała bratanica właścicielki. Debbie wpuściła ją do środka.– Cześć, jestem Camilla – powiedziała. Była przed dwudziestką, miała brudne blond włosy, szczupłą figurę i pociągłą przedstawiła siebie oraz swoją matkę i wymieniły uściski dłoni.– Co się stało temu chłopcu na dworze? Zawsze taki jest? – spytała i Debbie wyjrzały przez okno i zobaczyły, że David siedzi pod drzewem, plecami do domu.– To David, mój brat – wyjaśniła Debbie. – Nie czuje się dzisiaj dobrze.– No, a poza tym wszystko okej?– Niezupełnie – odparła Debbie. – Na początek, sądziłam, że wyprowadzasz się z tego mieszkania w przybudówce.– Nie, sorki – powiedziała Camilla. – Jeszcze tego nie ogarnęłam. Może w okolicach sierpnia.– Sierpnia! – wykrzyknęła. – Ale my zapłaciliśmy za wynajem sporo kasy. I wynajęliśmy cały dom!– Będziecie to musieli ustalić z moją ciocią – odpowiedziała Camilla.– I tak zrobimy – zapewniła Debbie. – Dalej, to łóżko wodne w sypialni na tyłach. Kiedy stąd wyjedzie? Chcemy tam wstawić własne meble, a nie możemy.– Tammy chyba mówiła, że jutro po nie przyjedzie.– A gdzie mamy dzisiaj spać?– No przecież na tym łóżku.– Nie będę spać na żadnym obcym łóżku. Powiedz tej dziewczynie, żeby jutro zabrała to cholerstwo, albo sama je wywlokę – oświadczyła Debbie. – I jeszcze jedna rzecz: ten bajzel w piwnicy. Gdzie jest klucz do składziku? Chcemy tam wstawić parę rzeczy.– Och, nie wolno wam korzystać z tamtego pomieszczenia! – wykrzyknęła Camilla. – Nikomu nie wolno tam wchodzić!– Żarujesz? Płacimy za to miejsce, pamiętasz?– Wynajęliście je, nie kupiliście. Poza tym ja nie jestem właścicielką tego domu. O tych rzeczach będziecie musieli porozmawiać z moją ciocią. Muszę już lecieć. Miło było cię poznać, kobieta wyszła przez drzwi frontowe i wróciła do mieszkania w przybudówce.– Przecież to jakaś bzdura. – Debbie była na granicy łez. – Miało być dobrze, a wszystko jest nie tak. I ani myślę spać w cudzym łóżku, zwłaszcza na materacu pełnym wody!Gdy bratanica właścicielki sobie poszła, do drzwi zbliżył się David.– Chcę jechać do domu – marudził. – Nie chcę tu siedzieć. Możemy już jechać?– Ja już mam dosyć! – wrzasnęła Debbie. – Nie mogę pracować. Nie mogę nawet myśleć. Idę powiedzieć Arnemu, że dzisiaj tutaj nie kazała Davidowi zaczekać w zadaniem przed zamknięciem domu było zwabienie psa do środka, a Arne dosłownie musiał go tam wnieść. Na podłodze w kuchni stały miski z suchą karmą i wodą. Arne i Debbie mieli zamiar przyjechać wieczorem, żeby do niego zajrzeć, ale drzwi do piwnicy na wszelki wypadek zostawili otwarte. Chociaż żal im go było zostawiać, wiedzieli, że pewnie szybko zapakowali chłopców i wszyscy wrócili do domu Glatzelów w Brookfield. Mieli za sobą trudne, męczące popołudnie, dodatkowo zepsute przez deszcz, i nastroje były ponure. David miał najgorszy nastrój ze wszystkich. Zły i zrzędliwy, resztę dnia spędził w swojej sypialni na samotnych przy kolacji, choć Arne i Debbie nadal byli przybici, to właśnie David stanowił prawdziwy problem. Normalnie wesoły, roześmiany i pełen życia, teraz był ponury, markotny i nie chciał rozmawiać. Wszelkie wysiłki, żeby go rozchmurzyć, spotykały się z odpowiedzią „Dajcie mi spokój” albo „Nie muszę nic mówić.” Wreszcie wstał i odszedł, zostawiając niemal nietknięty czuł, że nikt nie uwierzy w problem, z którym się wieczorem, gdy chłopcy poszli do łóżek, zwierzył się dalszy w wersji pełnej
Nie jestem ani fanem, ani znawcą gatunku, ale zdarza mi się raz na jakiś czas obejrzeć horror. Lubię zwłaszcza te opowiadające o wszelkiego rodzaju opętaniach, ponieważ wydają mi się bliskie rzeczywistości. Znam i lubię Uniwersum Obecności, które przedstawia wybrane sprawy z przebogatego zbioru paranormalnych doświadczeń Eda i Lorraine Warrenów, nieżyjącej już słynnej pary demonologów. To właśnie nazwisko małżeństwa zajmującego się badaniem zjawisk nadprzyrodzonych przykuło moją uwagę i zachęciło do obejrzenia kolejnych filmów. A także przeczytania dotychczas wydanych reportaży, opisujących wybrane sprawy jedynego świeckiego egzorcysty, który był właśnie Ed Warren. Lektura Obecności. Historii opętania zbiegła się w czasie z zapowiedzią trzeciej filmowej odsłony Obecności 3– filmu, który z pewnością obejrzę. Obecność. Historia opętania przedstawia historię Billa Ramseya, Brytyjczyka, który twierdził, że został naznaczony przez siły nieczyste, które przeistaczały go w wilkołaka. Książka przedstawia jego historię, przywołując przy okazji zjawisko likantropii, znanej już od czasów antycznych. Ponieważ napady niczym niewytłumaczonej agresji, nadludzka siła i trudne do opisania wydarzenia sprawiły, że życie zwykłego człowieka zamieniło się w koszmar, z pomocą Ramseyowi i jego rodzinie przybyli Warrenowie, którzy najpierw odwiedzili go w Anglii, a później zaprosili do Stanów, aby tam biskup McKenna dokonał egzorcyzmów. Zanim doszło do tego momentu, zawsze bardzo trudnego i wyczerpującego, Warrenowie starannie przebadali sprawę, jak przystało na ludzi, którzy na poważnie podchodzili do każdego niejasnego przypadka wiedząc, że są na świecie kwestie, których nie sposób racjonalnie zrozumieć. Przyznam, że choć lubię czytać kolejne książki o sprawach nad którymi pracowali Warrenowie, zawsze mam sporą trudność z oceną tych pozycji. Wprawdzie przypominają one reportaże, a przez to, że przywołują wypowiedzi bohaterów, wywiady z małżeństwem demonologów, nierzadko wzbogacone dokumentacją zdjęciową – brzmią bardzo realistycznie, to z racji podejmowanej tematyki łatwo osadzić je gdzieś w kategoriach taniej sensacji. W rzeczywistości jednak przedstawiają ludzkie dramaty, owszem, często podane w formie bliskiej tabloidom, ale napisane w latach 90. XX wieku oddają – tak myślę – klimat tamtych czasów. Warto także pamiętać, że Ameryka lat 70., 80. i 90. właśnie, czyli okres, kiedy najprężniej działali Warrenowie to inna mentalność i przede wszystkim percepcja opisywanych przypadków – zawsze z amerykańskiej perspektywy. Widać to także w Obecności. Historii opętania, kiedy Ramseyowie przybywają do Stanów, aby uczestniczyć w egzorcyzmach i … zachwycić się amerykańską codziennością, odmienną od europejskiej. Obecność. Historia opętania może nie straszy tak, jak wcześniejsze historie wchodzące w skład cyklu, ale o dreszcz niepokoju przyprawiają – to na pewno. Głównie dlatego, że przypadek Billa Ramseya może przytrafić się każdemu, a nie tylko temu, kto zabiega o kontakt z siłami paranormalnymi. Bohater, uważany za niezrównoważonego psychicznie, zmagał się z napadami, których źródła bardzo długo nie dało się zdefiniować, przez co ucierpiał i on, i jego rodzina. Sam egzorcyzm, opisany w książce, to tylko epizod wzbogacony o zdjęcia i choć nie robi może wielkiego wrażenia, w rzeczywistości potrafi zagrozić życiu oraz zdrowiu jego uczestników. Obecność (nomen omen) Warrenów ma zawsze działanie kojące i pozwala wierzyć, że wszystko dobrze się skończy. Co prawda, ze szczęśliwym zakończeniem bywa różnie, ale jednak. Książki opisujące ich działalność warto traktować z lekkim przymrużeniem oka, głównie j ze względu na specyficzną formę przekazu, bo z treścią trudno dyskutować. Ja, w każdym razie, czekam na kolejne części. Informacja o książce autorzy Ed i Lorraine Warren tytuł Obecność. Historia opętania (Werewolf) przekład Martyna Plisenko Wydawnictwo Replika 2021 Nowalijki oceniają 4/6 Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem
Gerald Brittle autor: Gerald Brittle wydawnictwo: Replika ISBN / EAN: 9788366989405 Rok wydania: 2021 Stron: 304 Oprawa: Miękka 39,90 zł oszczędzasz 11,57 zł (rabat 29%)cena:28,33 zł wysyłamy w 1-2 dni robocze Opis produktu/serii Jedna z najsłynniejszych spraw Eda i Lorraine Warrenów, przedstawiona w filmie Obecność 3. Na rozkaz diabła Gdy Arne Cheyenne Johnson popełnił bestialskie morderstwo, sprawa natychmiast trafiła na pierwsze strony gazet. Proces sądowy był bezprecedensowy. Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych podejrzany bronił się, twierdząc, że został opętany przez demona. Jak zeznawał – zabił „na rozkaz diabła”. Kilka miesięcy wcześniej Johnson uczestniczył w egzorcyzmach przeprowadzonych przez Eda i Lorraine Warrenów, którzy próbowali pomóc bratu jego dziewczyny – kilkuletniemu Davidowi. Egzorcyzmy powiodły się połowicznie: demon wprawdzie opuścił chłopca, ale znalazł sobie inną ofiarę: opętał Johnsona. Nierówna walka z siłami zła szybko zmieniła w koszmar również życie słynnych demonologów. Jak twierdzili Warrenowie – sprawa z Connecticut była jedną z najbardziej przerażających, a demon, z którym się zetknęli, niemal pozbawił ich życia. Książka zawiera zdjęcia dokumentujące opisywane w niej opętanie. Zdarzało się, że chciałam uciekać, tak byłam Lorraine Warren Diabeł ma wielką moc. Jego siły są odwieczne i działają nieustannie. To, co ludzie uważają za bajkę, to prawda. Diabeł Ed Warren Gerald Brittle, inne książki tego autora… Komentarze i opinie użytkowników Napisz recenzję lub krótką opinię o Na rozkaz diabła Ed i Lorraine Warren i sprawa z Connecticut. Twoja ocena i nawet kilka słów będzie pomocne innym klientom.