Browse 208 scarlett o'hara photos and images available, or search for gone with the wind to find more great photos and pictures. Browse Getty Images' premium collection of high-quality, authentic Scarlett O'hara stock photos, royalty-free images, and pictures. Scarlett O'hara stock photos are available in a variety of sizes and formats to fit
The opening line reads, "Scarlett O'Hara (born Katie Scarlett O'Hara; credited as Scarlett O'Hara Hamilton Kennedy Butler) is the central character in Margaret Mitchell's 1936 novel Gone with the Wind and in the later film of the same name." I find it confusing and even misleading to imply that a fictional character was ever 'born', and to
6 Likes, 1 Comments - Yunikon (@laboratorium_kreatywne) on Instagram: “Zarządzanie w kryzysie 〽 Tłumnie rzucamy się do pomocy, działąjąc jak słynna Scarlett O'hara na…”
"Scarlett" is a mini-series based on the book "Scarlett" by Alexandra Ripley, which is a sequel to "Gone With The Wind" by Margaret Mitchell. "Gone With The Wind" is a classic tale of a woman, Scarlett O'Hara, growing up in Georgia just before the Civil War. Her father owns a plantation and the family is wealthy.
Scarlett O’Hara. No matter how old she gets or how many times she remarries, Scarlett remains a child at heart. As the film opens, she resents serious matters such as sickness or war, merely seeing them as impediments to having fun. Even when she grows more accepting of life’s practicalities, Scarlett insists on being the center of attention.
Najbardziej wkurzało mnie to "już", bo zakładało, że prędzej czy później musi się wydarzyć. Zawsze, nawet kiedy tak naprawdę czułam się dotknięta tym wścibstwem, mówiłam – może bardziej sobie niż im? – "Pomyślę o tym jutro". Jak Scarlett O’Hara. Ale tylko ja wiem, że to jutro raczej nie nadchodziło – mówi.
Miriam K. Center. 3.83. 6 ratings1 review. Precisely as its title so unapologetically indicates, Scarlett O'Hara Can Go to Hell is not a Sunday stroll through myths of southern ladies waiting for heroic southern men to fill their lives with romance and adventure. If anything, it's the exact opposite mesmerizing tale of one woman's determination
Kathryn Stockett and The Secret Life of Bees by Sue Monk Kidd, or in portraying harmonious relationships between whites and their loyal and happy African-American
Subscribe to our YouTube channel: https://bit.ly/SohscribeAvailable on all streaming platforms and at https://ScarlettOHaraBand.comDirector: Wade ConcienneEd
Released 08/05/2022Subscribe to our YouTube channel: https://bit.ly/SohscribeAvailable on all streaming platforms and at https://ScarlettOHaraBand.comDirecto
pgglHh. Wielu z Was zna ją z serialu „Na wspólnej”. Inni z programu „Rytm Miasta” emitowanego w TVN Warszawa, jeszcze inni z Kampanii Pisania Piórem. My Aleksandrę Mikołajczyk znamy od strony bardziej biznesowej – jako CEO Moon Media – firmy produkującej spoty reklamowe i filmy wizerunkowe. Daria Jesteś właścicielką firmy Moon Media. Czym dokładnie się zajmujesz? Aleksandra Mikołajczyk: Moja firma zajmuje się produkcją video do internetu i telewizji tradycyjnej – przygotowujemy prezentacje firm, wywiady, animacje, testy różnych sprzętów i aplikacji. Nasza praca w dużej mierze opiera się na internecie, dlatego to tu przede wszystkim się promujemy. Obecnie współpracujemy z wieloma portalami, za pośrednictwem których prezentujemy swoje prace. Moon Media krok po kroku buduje swoją markę i pozycję w sieci. Nie jest to łatwe - w Internecie panuje przecież straszna konkurencja? Oczywiście – jest masa stron internetowych poświęconych technologiom i biznesowi. Wierzę jednak, że to, co ja oferuję jest bezkonkurencyjne (uśmiech). Obecnie w ramach Moon Media prowadzę dwie telewizje internetowe. Pierwsza to która powstała z mojej fascynacji biznesem. Nie ukończyłam żadnych studiów ekonomicznych, kierunkowych, związanych z biznesem, ale nie ukrywam, że zawsze inspirowali, ciekawili i imponowali mi ludzie, którzy stworzyli coś z niczego. Mieli pomysł, w który niewielu wierzyło, mieli wiarę, że się uda i tak się stało. Mam wielki szacunek do nich, szczególnie gdy za pasją idzie sukces komercyjny. Druga telewizja internetowa to wynik ciągle rozwijającego się mojego zainteresowania nowymi technologiami i kolejnymi modelami smartfonów. Mam bardzo młody zespół – głównie są to mężczyźni i to w dużej mierze oni natchnęli mnie do tego projektu. – bo taka jest nazwa projektu – to telewizja skupiona przede wszystkim na videotestach telefonów komórkowych. Olu wiem, że pracujesz także nad kolejnymi projektami. Możesz już zdradzić czego będą one dotyczyły? Myślę, że tak. Smart Raport – to kontynuacja naszych działań związanych z nowymi technologiami. W związku z tym, że od kilku lat testujemy telefony komórkowe, smartfony, tablety, kilka razy w roku będziemy przygotowywać raport podsumowujący opinie internautów na temat wybranych popularnych modeli telefonów. Już teraz dostępna jest najnowsza druga edycja raportu na stronie Moim najnowszym pomysłem jest też projekt o tajemniczej nazwie… Smart Girl, który pośrednio dotyczył będzie nowych technologii. Nie chcę zdradzić zbyt wiele, ale mogę powiedzieć, że świat blogosfery i vlogosfery o mnie usłyszy (śmiech). W Moon Media zajmujecie się dość specjalistycznymi tematami - musisz mieć wielu fachowców w firmie... Do firmy zatrudniłam przede wszystkich młodych ludzi, którzy chętnie i szybko się uczą. Twój team to głównie mężczyźni? Tak. W Moon Media pracują dwie panie i dziesięciu mężczyzn. To wynika z branży, w jakiej działamy. Zarządzasz kilkunastoma pracownikami – jaką jesteś szefową? Trudną. Jestem emocjonalną osobą, więc czasami nerwy mi puszczają. Wiem, że powinnam je trzymać na wodzy jak profesjonalny manager, niestety... czasem do głosu dochodzi moja emocjonalna aktorska natura. Jestem jednak bardzo wyrozumiała, może czasem za bardzo. Na pewno nie jestem typem szefa, który siedzi i wiecznie wymaga od wszystkich z wyjątkiem siebie. Zarządzania uczę się każdego dnia. Firmę Moon Media prowadzę dopiero od 3 lat, więc mam nadzieję, że pewne niedociągnięcia mogą mi być wybaczone. Olu, mówiąc o swoich projektach i firmie cały czas wypowiadasz się w liczbie mnogiej – my. Tak, bo mnóstwo osób mi w tym pomaga. Ja jestem taką głową przedsięwzięcia. Gdyby nie zaangażowanie innych ludzi, nigdy bym nie dała rady. To jest projekt dodatkowy, prowadzony poza moją artystyczną pracą, coś, co chcę dać od siebie. Gdyby nie wsparcie moich współpracowników, uwierz - nie dałabym rady. Z zawodu jesteś aktorką – co skłoniło Cię do założenia firmy? Każdy z nas jest kowalem własnego losu, a nie ma co ukrywać – w aktorstwie różnie bywa i nie jest to zawód zapewniający finansową stabilizację. Wielu aktorów prowadzi niezależną, nie związaną z zawodem działalność. Moon Media to dla mnie taka druga noga biznesowa - zabezpieczenie się na przyszłość. We własnym biznesie nie jesteś, tak jak w aktorstwie, często osobą do wynajęcia, która kreuje pewną rolę. Poza tym jestem zodiakalnym Bliźniakiem, więc w mojej naturze jest smakowanie wielu rzeczy w życiu. Aktorka, konferansjer, właścicielka firmy – jak godzisz te funkcje? Pomyślałby kto, że jestem człowiekiem orkiestrą, jednak tak nie jest – ja po prostu mam świetną orkiestrę w firmie (uśmiech). Uwierz – mam wokół siebie naprawdę fajnych ludzi, a jak wiesz to podstawa każdego sukcesu. Są zaangażowani, im naprawdę chce się tworzyć nowe rzeczy. Po 3 latach prowadzenia działalności mogę stwierdzić, że jesteśmy jak włoska rodzina. Oczywiście nie zawsze jest różowo i czasem się sprzeczamy. Jestem naprawdę wymagającym szefem – pewnie dlatego, że tak dużo robię. Z drugiej strony wiem, że moje zaangażowanie motywuje innych. Nie jestem typem szefa, który siedzi i wiecznie wymaga od wszystkich a nie od siebie. Firmę prowadzisz od 3 lat – aktorstwo Ci nie wystarcza? Tak jak wspominałam - Moon Media - to taka druga noga zawodowa. Jestem kowalem własnego losu, dlatego nie chcę być wyłącznie postrzegana jako osoba do wynajęcia. Wielu aktorów prowadzi swoją działalność, a z tego względu, że potrafię z każdej dziedziny czerpać przyjemność, postanowiłam zająć się nie tylko aktorstwem. Ponownie potwierdza się mój charakter - to, że smakuję tylu rzeczy jest związane z moim znakiem zodiaku. Bliźniaki zawsze są ciekawe życia. Jesteś i aktorką i prezesem i prezenterką – z którą funkcją najbardziej się identyfikujesz? Wbrew pozorom wszystkie te funkcje się dość mocno zazębiają. Nie umiałabym jednoznacznie stwierdzić, że jestem bardziej jedną z nich. Aktorstwo wykorzystuję w biznesie i odwrotnie - pewne cechy człowieka biznesu pomagają mi w aktorstwie. Chcę zwrócić uwagę, że w Stanach Zjednoczonych generalnie aktorstwo to także biznes. W Polsce z kolei wielu aktorów ma tą drugą nogę zarobkową: Tomek Karolak, Piotr Adamczyk, Borys Szyc... Musimy myśleć buforowo. Z jednej strony aktorstwo, a z drugiej biznes, co daje nam pewien komfort, że panujemy nad swoim życiem, a nie czekamy na kolejne castingi. Aktorstwo to praca dla kogoś, kto lubi mieć narzucane role a Ty chyba wolisz sama sobą zarządzać? To prawda. Chociaż na planie zdjęciowym wolę być zarządzana. Świetnym przykładem jest tworzenie filmów w ramach Moon Media, podczas których to ja testuję produkty. Wtedy, mimo że jestem właścicielką firmy, nie ja rządzę – tylko moi pracownicy, którzy zza obiektywu kamery kierują mną. Od kilku lat prowadzisz Konkurs Ładnego Pisania. Piszesz piórem czy wolisz długopis? Bezwzględnie piórem. Dla mnie pióro to takie prestiżowe narzędzie. Inaczej się nim pisze niż długopisem. Długopis jest twardy, nie ma tej miękkości. Przy piórze ręka zupełnie inaczej pracuje. I nie mówię tego z tego względu, że współpracuję z Kampanią Pisania Piórem. Dołączyłam do niej właśnie ze względu na moje osobiste przekonania. Jaką markę piór używasz? Wiesz co – raczej nie przywiązuję większej wagi do marek, ale zapewne nie zdziwi Cię fakt, że piszę po prostu dobrym i prestiżowym piórem (uśmiech). Czyli marki nie są dla Ciebie wyznacznikiem zakupu? W przypadku pióra bardziej bym powiedziała, że to do niego a nie marki się przywiązałam. Poza tym, skoro o piórze mówimy - nigdy go nie pożyczam (uśmiech). To taki mój przesąd - męża i pióra się nie pożycza i trzymam się tego całe życie. Oczywiście moje zachowanie wynika bardziej z faktu, że każde pióro dostosowuje się do stylu pisania właściciela i jego ręki, aniżeli z zabobonu. Raz w życiu pożyczyłam moje pióro i niestety potem nie pisało ono już tak, jak wcześniej. Zawsze byłaś prowadzącą Kampanię Pisania Piórem. Twarzami zostają jednak zawsze osoby kojarzone z showbiznesem - czemu Ty nie zostałaś ambasadorem akcji? Nie mogę się wszystkim zajmować (uśmiech). Jak wiesz - teraz jestem głównym organizatorem kampanii, więc połączenie tych dwóch funkcji byłoby trudne. Idealnie realizuję się w roli gospodarza, a jako aktorka, znająca wiele osób z pierwszych stron gazet, chętnie wprowadzam nowe, znane twarze do kampanii. Olu – od początku chciałaś zostać aktorką. Skąd wzięła się Twoja chęć grania na scenie? Historię tą opowiadała mi moja mama – ja niestety tego nie pamiętam. Byłam z nią pewnego dnia na spektaklu „Skrzypek na dachu” Jerzego Gruzy w Teatrze Muzycznych w Gdyni. Miałam wtedy 6 lat. Spektakl oczywiście fantastycznie wyreżyserowany, z cudowną obsadą, idealne libretto i wtedy powiedziałam mojej mamie: - Mamo ja tu kiedyś wystąpię :). I tak się stało. Muszę Ci zdradzić, że w życiu mam tak, że jak coś powiem to tak się musi stać. Czyli parafrazując - słowo się rzekło kobyła u płotu... Coś w tym jest – jak już coś powiem – to to się po prostu spełnia – czy chcę tego czy nie. Oczywiście nie od razu. Zanim trafiłam na wspomnianą scenę musiało upłynąć trochę czasu, ale „zabawę” w aktorstwo i tak zaczęłam dość szybko. Już jako kilkunastolatka grałam w grupie teatralnej Junior, która działała przy Teatrze Muzycznym w Gdyni, potem w przedstawieniu „Jesus Christ Superstar”. Ale uwaga – nie wszyscy z naszej grupy teatralnej zostali aktorami. Tylko kilka osób poszły tą ścieżką. Dziś wiem, że to był dobry wybór. Teatr i gra na scenie to mój żywioł. Mój charakter pomaga mi w tym, więc można stwierdzić, że aktorstwo w moim przypadku to naturalna kolej rzeczy. Aby występować na scenie przed publicznością trzeba mieć odwagę. Masz ją? Bez przesady - przecież nie widzisz widzów w teatrze. Będąc na scenie w świetle reflektorów możesz dojrzeć dwa, trzy pierwsze rzędy i to wszystko. Nie wiem czy wiesz – w savoir vivre aktorskim funkcjonuje zasada, że jak idzie się na spektakl swojego kolegi to nie siada się nigdy z przodu, w pierwszych rzędach, właśnie dlatego, żeby nie zawstydzać aktora odgrywającego swoją rolę. To taka niepisana zasada. Ale faktycznie jestem odważną babką. Z tego co wiem to chciałabyś być damskim wcieleniem Jordan’a Belforst’a – głównego bohatera Wilka z Wall Street? (uśmiech) To prawda - bardzo podobały mi się przemówienia i to jak motywował ludzi. Podziwiam jego pasję i to, jak całym sobą wykonywał swoją pracę. On wierzył w swój sukces. Pytanie - czy działał etycznie? Na pewno nie! Czy to, co robił było dobre? Dla niego tak. Czy dał coś innym? Tak. Potrafił zapalić ludzi do działania, chociaż dość często robił to przez pryzmat własnych korzyści i na granicy prawa. Czy sądzisz, że posiadasz jego cechy? Na pewno mam zapał do pracy. Jeżeli się czegoś podejmuję - robię to całym sercem. I nie jest to robione dla przysłowiowego lansu, jak to często w świecie bywa... Gdy wspieram akcję – to faktycznie udzielam się w niej osobiście. Ja to robię też dla siebie. Muszę mieć wiedzę o akcji, chcę ją czuć. Gdy decyduję się na współpracę to muszę czuć produkt, przedsięwzięcie i widzieć jego cel. Równie dużą przyjemność zawsze dawało mi np. bycie na Onkologii i rozmawianie z kobietami chorymi co pokazywanie się na ściance przed fotoreporterami i promowanie w ten sposób kampanii. Olu - jakie jest Twoje motto życiowe? Ono się zmienia – wcielam marzenia w życie. Nie ma rzeczy niemożliwych. Teraz - na pewno wiem, że trzeba być cierpliwym. Caęe życie na coś czekamy. Aktorstwo mnie tego nauczyło. Czekasz na castingi, czekasz na swoją rolę, czekasz na planie, kiedy będzie Twoja scena. Generalnie więcej w życiu czekasz niż grasz. Biznes też mnie nauczył cierpliwości. Jak chce się pewne rzeczy przyśpieszyć to nie zawsze to wychodzi na dobre. Jak to powiedziała Scarlett O’hara w „Przeminęło z wiatrem”: – Pomyśle o tym jutro. Człowiek wielokrotnie zbyt emocjonalnie podchodzi do pewnych rzeczy, a czasami trzeba odczekać – nabrać dystansu. Jak wygląda Twój dzień pracy. Wstaję o 8:00. Z reguły budzi mnie budzik. Odpisuję na tysiące maili. Potem są spotkania. Niestety nie jestem mistrzem zarządzania czasem. Kiedyś nawet uczestniczyłam w specjalnym kursie, który miał mi pomóc w lepszej organizacji – niestety szkolący mnie człowiek poległ. Doceniam dobrą organizację. Idzie mi to jednak z oporami. Olu – 2 czerwca miałaś swoje urodziny – czego mogę Ci życzyć? Żeby moja energia mi nigdy nie zginęła. Żebym spotykała na swojej drodze fajnych ludzi. Pozytywnych wariatów. Bo tylko dzięki nim można zrobić coraz lepsze rzeczy. Żebym nauczyła się super organizacji życia. Abym mogła jeszcze więcej rzeczy ogarnąć, spróbować, żebym miała ciagle pasję do działania. Tego więc Ci życzę z całym zespołem Rozmawiała Daria
Tytuł dzisiejszej stylizacji jest co prawda, dość przewrotny, ale dla mnie ma sens, ale od początku. Kto nie widział filmu, albo nie czytał książki "Przeminęło z wiatrem" przyznać się bez bicia w komentarzach, i szybciutko proszę nadrobić zaległości. Ja przyznam się z ręką na sercu, że oglądałam ten film chyba dziesiątki razy, co prawda ostatni raz kiedy go oglądałam troszkę już trącił myszką, ale nie stracił tego co najważniejsze, czyli przesłania "że My kobiety jesteśmy mądrymi, dzielnymi, zdolnymi do największych poświeceń istotami". Cóż z tego, że czasem mamy chwile zwątpienia, że kierują nami emocje o które czasem same byśmy siebie nie podejrzewały, że czasem pochlipiemy w poduszkę, wykrzyczymy coś zbyt głośno, to wszystko nic, bo kiedy trzeba potrafimy tupnąć nogą i wziąć stery życia w swoje ręce. Skąd porównanie do Scarlett? a no stąd, że jej postać jest bardzo bliska mojemu sercu i kiedy nadwrażliwość ..... czyli coś co czasem dodaje, a czasem podcina skrzydła... a więcej o nadwrażliwości przeczytacie w pięknym poście Pauliny z utrudnia nam życie, i nie radzimy sobie z nadmiarem emocji warto powiedzieć jak Scarlett O'Hara Pomyślę o tym wszystkim jutro.....Zniosę to wtedy lepiej W zasadzie moja stylizacja to raczej ukłon w stronę dwóch modnych trendów tego sezonu, czyli paski w delikatnym wydaniu i falbanki, natomiast nawiązując do Scarlett, chciałam napisać, że właśnie to był taki dzień , tej przeklętej nadwrażliwości , sukienka okazała się być zbyt krótka, zbyt pognieciona po jeździe samochodem, wszystko było nie tak. Kiedy zobaczyłam zdjęcia, również zobaczyłam to co chciałam, a nie co przedstawiały faktycznie.... rozumiecie już teraz skąd Scarlett, wystarczyło powiedzieć magiczne....pomyślę o tym jutro....a nazajutrz wszystko zobaczyłam z innej perspektywy. Sukienkę można zawsze przedłużyć, wyprasować , albo iść w niej na spacer wtedy na pewno się nie pogniecie ;), zdjęcia Pauliny wyszły przepiękne..... i nawet jeśli ... była tam owa nadwrażliwość, to patrząc na te zdjęcia, powiem nieskromnie ..... jaśniejsza strona nadwrażliwości ;) W stylizacji udział wzięły sukienka z falbanami firmy ZARA , zamszowe sandałki firmy Carinii , duża pojemna torba w rozmiarze XL - Di Moda Butik i delikatna złota biżuteria.... i wystarczy :) oczywiście nieodłączne przeciwsłoneczne okulary firmy Versace upolowane w Tk Maxx. Pamiętajcie : jest Wam źle i nigdzie nie widać światełka w tunelu? ...... Pomyślcie o tym jutro ....bo wszystko może się zdarzyć. Miłego dnia robaczki......dziś pierwszy dzień lata...uśmiechnijmy się :) Paula z za przepiękne zdjęcia i za inspirację, bo My kobiety powinnyśmy się wspierać, inspirować i szanować..... i czyńmy to kochane. Sukienka - ZARA Torba - Butik Di Moda Buty - CARINII Apaszka - pożyczona od Pauli ( na szczęście;) Bransoletka - APART Kolczyki - Stradivarius
Wydawnictwo Dobra Literatura Słupsk 2014 Wydawnictwo Dobra Literatura Słupsk 2014 Copyright © by Katarzyna Michalik-Jaworska Copyright © by Wydawnictwo Dobra Literatura, 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy. Redakcja i korekta: Jolanta Chrostowska-Sufa Korekta: Justyna Jakubczyk Skład książki i wersji elektronicznej: Magdalena Wojtas, Virtualo Sp. z Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz Fotografia autorki: Anna Ignatowska Cytat na okładce i w treści książki nawiązuje do zamieszczonego jako motto wiersza Leopolda Staffa Podwaliny (Poezja naszego wieku, WSiP, Warszawa 1989). ISBN: 978-83-64184-11-6 Wydawnictwo Dobra Literatura wydawnictwo@dobraliteratu Budowałem na piasku I zwaliło się. Budowałem na skale I zwaliło się. Teraz budując, zacznę Od dymu z komina. Leopold Staff, Podwaliny SŁYSZAŁEM, ŻE ZNOWU JĄ ODRATOWALIŚCIE! Czy w tym kurewskim szpitalu nie ma absolutnie nikogo, kto miałby odrobinę cywilnej odwagi, by z tym wreszcie skończyć? – Pana córka żyje. Nie powinien się pan cieszyć? – Żyje? Pani to nazywa życiem?! Musi być pani jakimś potworem! – Ja? Gdyby to była moja córka, byłabym tu codziennie! Przychodzi pan do niej raz na kilka miesięcy, a mnie pan oskarża? – Co pani może o tym wiedzieć? Czy pani w ogóle ma dzieci? – Nie, ale jestem tu codzien… – nie pozwolił mi skończyć. – To o czym my w ogóle rozmawiamy? Jak, paniusiu, będziesz miała swoje dziecko, a najlepiej chore – wtedy… wtedy możesz mnie osądzać. *** Pierwszy raz płakałam w pracy. Zbiegam po schodach, potrącając jakąś kobietę. Nawet nie mówię „przepraszam”. Właściwie nie jestem nawet pewna, czy to była kobieta. Muszę się jak najszybciej dostać na świeże powietrze. Jeszcze chwila i zwymiotuję. Nie umiem tego wytłumaczyć. Tyle lat pracy i nagle taka reakcja. Nie był to trudniejszy przypadek od pozostałych. Od dziesiątek innych w ciągu tych dziesięciu lat, gdy pracuję jako pielęgniarka na oddziale kardiologii. Tu są same ciężkie przypadki. Pamiętam, jak spytałam swoją siostrę, ile lat może mieć dziecko ważące cztery i pół kilo. Chwilę się wahała. Jej tyle miało, gdy się urodziło. Założyła jednak, że to jest chore, więc pewnie ma z sześć czy siedem miesięcy. Ania ma cztery lata. Od trzech i pół roku jest u nas. Sama nie je, nie siedzi, nie załatwia swoich potrzeb. Jej mózg jest praktycznie martwy. Do tego ma chore serce. Nie żyje. Wegetuje. Pozbawiona świadomości leży w szpitalnym łóżeczku, pokarm dostaje dożylnie. Umierała pięć razy. Dziś reanimowaliśmy ją po raz szósty. Pierwszy raz w pracy płakałam. Modliłam się, by tym razem reanimacja się nie udała. Aby ktoś odważniejszy podjął decyzję, że pozwolimy jej umrzeć. Nie mogłam patrzeć na jej cierpienie. Odratowaliśmy ją. A ja poczułam, że muszę ratować siebie przed spazmami targającymi moim ciałem. Wciągam głęboko powietrze. W żaden racjonalny sposób nie umiem wytłumaczyć reakcji swojego organizmu. Podobną sytuację przeżyłam raz. Kiedyś. Dawno. Gdy zaczynałam pracę w tym zawodzie. Czemu dziś? Czemu właśnie teraz? Powoli szum w uszach zaczyna ustawać, a organizm się wycisza. Muszę wracać. Ale jeszcze chwila. Jeszcze jeden oddech. Wstaję i powoli ruszam schodami na oddział. Wszystko jest jak zawsze. Świat się nie zatrzymał. Nikt nawet nie przejął się tym, co przed chwilą zaszło. Kolejny dzień pracy. Jak każdy od dziesięciu lat. Zaraz za portierką skręcam w pierwsze drzwi na prawo. Nie mam siły pokazać się którejś z dziewczyn. Nie chcę zobaczyć w ich oczach, że to nie ma znaczenia, że nie wolno dać się ponieść emocjom. Nasze motto. Inaczej nie mogłabym tu pracować. Co zatem zdarzyło się dziś? Czy to jest ten osławiony kryzys, przed którym ostrzega nas starszy personel? Uporządkuj myśli – przywołuję siebie. – Jesteś Scarlett O’Hara. Pomyślisz o tym jutro – oddech, odwrót i uśmiech numer trzy do małego pacjenta. Źle wybrałam drzwi. Zamiast do pokoju maluchów wchodzę do piętnastoletniego autystycznego Krzysia. Nic! Będę się uśmiechać. Muszę się uśmiechać, przecież to człowiek. Pod względem mentalnym dziecko, nie nastolatek. Sprawdzam monitor i mój wzrok wędruje wyżej, wzdłuż brązowawej ścieżki biegnącej aż do okna. Zrezygnowana spoglądam na niego z wyrzutem. Uśmiecha się radosny, jakby udało mu się spłatać najlepszego z możliwych figlów. Twarz dziecka, postura dorosłego mężczyzny. I męskie reakcje na mój widok. Dobrze, że go to chociaż nie zawstydza, bo nie ma kompletnie świadomości, co się z nim dzieje. Dumnie wyciąga wymazaną kałem łapę. Leży u nas już trzy miesiące i codziennie ta sama historia. Artysta porąbany. Wracam do siebie. Nie wiem, gdzie byłam przed chwilą, ale Krzyś ściągnął mnie skutecznie na ziemię. Do roboty. *** Ostre światło przedziera się pod przymkniętą powiekę. Jaskrawy neon dworca PKS wdziera się brutalnie w mój sen. Zasnęłam? Musiałam być bardzo zmęczona. Dobrze, że nie przespałam przystanku. Podrywam się szybko z miejsca i potrącając współpasażerów, dosłownie wypadam na zewnątrz. Otulam się szczelniej swetrem, bo mimo dość ciepłego sierpnia wieczory bywają już raczej chłodne. Skręcam za „Delikatesami 24h” czynnymi od godziny szóstej do godziny dwudziestej drugiej. Właściciel twierdził, że ta nazwa nagania mu klientów. Jeszcze dwie przecznice i będę w swoim mieszkaniu. Wezmę gorącą kąpiel, wtulę się w Marcina, pozwolę wymasować sobie stopy. Plan jest dobry. Może w zamrażarce jeszcze są jakieś lody? Drugie piętro, trzecie, zamek, klucz, drzwi. Cisza. Cisza? Pewnie wyszedł. Może to nawet lepiej. Jeśli nie wróci, to po kąpieli pójdę prosto do łóżka. Tak zmodyfikowany plan też ma swój urok. A kąpiel zmyje ze mnie ten dzień. Spinam włosy na karku, odkręcam kurek. Ubranie trafia prosto do kosza na bieliznę. Przydałoby się zrobić pranie. Z kosza wysypują się już brudne rzeczy. Pomyślę o tym jutro. Jutro mam dyżur w nocy, zdążę rano ogarnąć trochę ten bałagan. Destroy – artystyczny nieład, jak mawia mój mąż. A właśnie. Ciekawe, gdzie się szwenda po nocy. Ach, mecz. Wspominał coś wczoraj. A może przedwczoraj? Dni stają się takie do siebie podobne. A przecież nie jestem jeszcze stara. No, może dojrzała też nie jestem. Trzydziestka na karku nie usprawiedliwia znużenia. Co w koszu na bieliznę robią podpaski? Musiały spaść z półki (tylko czego on szukał w moich rzeczach?). Opłaca się je upychać na półkę? Nie, powinny lada moment być potrzebne. Ile minęło dni? Dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć? Matko, jak ten czas leci. Muszę się jakoś pozbierać do kupy, bo niczego już nie kontroluję. Kalendarzyk! Gdzie mój kalendarzyk? Grzebię w torebce już dobrą minutę i nie mogę go namierzyć. Pamiętam, jak kiedyś w pociągu siedząca naprzeciwko mnie para sprzeczała się żartobliwie, kto jest większym bałaganiarzem. On nieopatrznie zaczął opowiadać o damskiej torebce. Dość nierozważny krok, ale mógł mieć może siedemnaście lat i nie zdążył opanować jeszcze tych kilku prostych zasad unikania konfliktów. Dziewczyna, najwyraźniej niezbita z tropu, odpowiedziała z właściwym tylko nastolatkom wdziękiem, iż on nie zna prostego stopniowania: bałagan – burdel – damska torebka. Mam! Dziś jest siedemnasty, to ile to dni? Trzydzieści sześć! Wykluczone! Sprawdzam raz jeszcze i siadam na sedesie. To niemożliwe. Zawsze miesiączkuję jak w zegarku, dwadzieścia pięć – dwadzieścia sześć dni. Może to stres? A może anemia? Ostatnio przełożona zwracała mi uwagę, że jestem wyjątkowo blada. Ciąża? Iskra szybko gaśnie. Od sześciu lat staramy się o dziecko. Bezskutecznie. Robiliśmy badania. Obydwoje. Choć, jak twierdzi mój mąż, to „na pewno moja wina, bo z nim jest wszystko w porządku”. I była moja. Nie umiałam utrzymać zarodka w początkowej fazie ciąży. Nie mówi się nawet o poronieniach. Jest na to oddzielny termin – mikroporonienia. Nie da się ustalić, czy zachodzę w ciążę, a jeśli w ogóle zachodzę, to ile razy byłam w ciąży. Zanim zarodek się zagnieździ, już go nie ma. Próbowałam się nawet leczyć. Odpuściłam. Ile razy można przeżywać zawód? Ile razy można niecierpliwie czekać i z drżeniem modlić się, by tym razem… To zawsze było dwadzieścia pięć – dwadzieścia sześć dni i krwawienie przychodziło, nie pozwalając nawet na złudzenia, że może tym razem… Pomyślę o tym jutro. Dziś tylko kąpiel i sen. Wsuwam się pod świeżą pościel z uczuciem ulgi. Przynajmniej pamiętał, że prosiłam, aby wywietrzył pościel na tarasie. Jak miło. Jedna owieczka, druga owieczka, ta trzecia ma wyraźnie twarz Ani. Odejdź, proszę. Muszę odpocząć. A jeśli jestem w ciąży i poronię? Jak już będzie można określić, że byłam. I że ono było. A jeśli urodzę i będzie chore jak Ania? Czy starczy mi na to sił? Jej rodzice na początku mieszkali w szpitalu. Po roku bywali. Po dwóch zaglądali. Ojca Ani widziałam ostatnio na Dzień Dziecka. To będzie już trzy miesiące prawie. Nie powinnam ich winić – ona nigdy nie opuści szpitala, oni nigdy nie będą mieli dziecka. Ale ja bym była inna. Wiem to! Gdybym tylko mogła mieć dziecko… Miałam spać, ale natłok myśli nie pozwala odpłynąć. A tak potrzebuję odpoczynku. Klucz w drzwiach. Marcin. Jak dobrze. W jego ramionach natychmiast zasnę. Jak zawsze. Tylko że on wcale nie idzie do sypialni, ale do pokoju. Włącza po cichu telewizor. Słyszę, że rozkłada kanapę. Wyciągnął koc, znam go i jego nawyki jak zły szeląg. Zaraz zaśnie przed tym telewizorem, ale do sypialni nie pójdzie. Gdzie mój telefon, która jest godzina? Druga trzydzieści! Straciłam poczucie czasu. Ale on, zdaje się, że też. Mecz trwał do dwudziestej pierwszej trzydzieści. Coraz częściej zasypia przed telewizorem. Nie będę się teraz jeszcze tym zadręczać. Pomyślę o tym jutro. *** Wstaję, Marcina już nie ma. Może to i dobrze, przemyślę sobie wszystko na spokojnie. Przez kolejne dni jednak także nie mamy okazji na siebie trafić. Nasze dyżury przeplatają się. Nie mamy co liczyć na to, że uda nam się spędzić ze sobą więcej niż piętnaście minut. Pomyślałam, że może celowo układa sobie tak grafik, żeby się ze mną mijać. Oprzytomniałam w porę, było to niedorzeczne, zwłaszcza że jego komendant nie poszedłby mu na rękę, nawet gdyby prosił o dodatkowe służby. Ich niechęć do siebie wzrastała latami i chyba żaden już nie pamiętał, skąd w ogóle się wzięła. Ja tymczasem byłam u lekarza, zrobiłam badania, z którymi po odbiorze miałam się zgłosić za tydzień. Zrobiłam nawet test ciążowy – ujemny (nie wiem, po co, przeżywanie tego na nowo i na nowo było koszmarem). Wzięłam kilka dodatkowych dyżurów. Wakacje się kończyły, a dzieciate koleżanki chciały jeszcze złapać kilka dni słońca z dziećmi nad morzem. Zanim wchodzę do lekarza, pobieżnie rzucam okiem na wyniki badań. To absurdalne! Drżącą ręką naciskam klamkę. – Pani doktor, jestem w ciąży – zdążyłam wykrztusić, zanim zemdlałam. *** Siedziałam na taborecie w kuchni, tępo wpatrując się w dziurkę po gwoździku w ścianie. Co tu wisiało? I czemu na gwoździu, a nie na porządnie wkręconej śrubie? Ta zagadka miała na zawsze pozostać nierozwiązaną. Właśnie wszedł Marcin. Poderwałam się, jakby ten nieszczęsny zagubiony gwoździk odnalazł się na moim krześle, wbijając się boleśnie w moje siedzenie. – Musimy porozmawiać – wykrztusiłam z trudem, gdy wreszcie wszedł do kuchni. – Nie teraz, za pół godziny mam trening. Nie ma nic na obiad? – odburknął spod przykrywki garnka. – Nie. Nie zdążyłam nic zrobić. Byłam u lekarza. – Aha. No dobra, zjem na mieście. Zobaczymy się później. Cześć. – Doleciało już zza zamkniętych drzwi wejściowych. Trwałam wciąż w tym samym miejscu, odkąd weszłam do domu. Mama mawiała, że czasem rzeczy same układają się lepiej, niż gdybyśmy je zaplanowali. Może dobrze, że tak się stało. Jeśli się dowie, będzie żył nadzieją. A jeśli nie utrzymam kolejnej ciąży? To będzie dla niego silny cios. Chociaż ten pierwszy trymestr niech się zakończy. Minie największe ryzyko. Ja też nie zniosłabym w tym wszystkim jeszcze jego rozczarowania. Dobrze się stało. *** Zmieniałam pościel u Krzysia, kiedy go zobaczyłam. Odkąd pozwalniali w ramach oszczędności salowe i dietetyczki, dwoimy się i troimy w obowiązkach – choć na podstawowe nawet brakuje czasu. Dwie pielęgniarki na oddział w nocy to zdecydowanie za mało. A jeszcze ten gówniarz wymalował wszystko kałem. Kiedy to się skończy? Przecież nie mogę przywiązać mu rąk do łóżka. Poza tym jest silniejszy ode mnie. Zwłaszcza gdy się wkurzy. Siedział na krześle na korytarzu. Twarz trzymał w dłoniach. Podniósł głowę i zauważył mnie. Poderwał się z krzesła i podbiegł w moją stronę. – Słyszałem, że znowu ją odratowaliście! Czy w tym kurewskim szpitalu nie ma absolutnie nikogo, kto ma odrobinę cywilnej odwagi, by z tym wreszcie skończyć? – Pana córka żyje. Nie powinien się pan cieszyć? – Żyje? Pani to nazywa życiem?! Musi być pani jakimś potworem! – Ja? Gdyby to była moja córka, byłabym tu codziennie! Przychodzi pan tu raz na kilka miesięcy, a mnie pan oskarża? – Co pani może o tym wiedzieć? Czy pani w ogóle ma dzieci? – Nie, ale jestem tu codzien… – To o czym my w ogóle rozmawiamy? Jak, paniusiu, będziesz miała swoje dziecko, a najlepiej chore – wtedy… wtedy możesz mnie osądzać. Trzasnął drzwiami tak, że koleżanka wybiegła na korytarz, a pod siódemką rozwrzeszczały się noworodki. Cholera, kiedy wpadł w tym szale do mnie, nie zauważył, że stanął na wybrudzonym prześcieradle rzuconym przeze mnie na podłogę. Teraz mam gówniane ślady na całym oddziale… *** Nie mogę przestać myśleć o tym, co mi powiedział. Czy rzeczywiście jest coś, co tłumaczy porzucenie dziecka? Czy mogę go osądzać? Kiedyś byli tu codziennie. A przecież życie toczy się dalej. Ktoś musi zarabiać, opłacać rachunki. A może mają już drugie dziecko? Jest zdrowe, żyje, wymaga opieki. Ania właściwie jest dla nich martwa od dawna… Ale to ciągle jest ich dziecko! Ja bym… No właśnie, co ja? Miał może rację – co ja mogę wiedzieć. Ta moja ciąża jest tak nierealna, że nawet nie zastanawiałam się zbyt długo, czy nie powinnam pójść na zwolnienie. W końcu to szpital i cała masa zagrożeń dla płodu. Ale pójście na zwolnienie wiąże się ze zrobieniem szumu wokół siebie, przyznaniem się do ciąży chociażby przed Marcinem. A przecież lada dzień mogę ją stracić. Znam to. Nie zniosę współczucia koleżanek czy wyrzutu w oczach Marcina. Muszę się wziąć do pracy, myśli nie pozwalają mi się skupić, a dziś nie wiadomo, w co ręce włożyć. Mamy dziecko, któremu podłączyliśmy heparynę i co dwie godziny muszę pobierać krew do badań. W nocy nie ma gońca, za każdym razem same zjeżdżamy windą na poziom minus dwa i przechodzimy dobre trzysta metrów piwnicznymi korytarzami do laboratorium. W tym czasie na oddziale zostaje tylko jedna pielęgniarka. Tym, którzy kierują szpitalem, naprawdę brak wyobraźni. Moja kolej. Po raz trzeci przemierzam tę samą drogę w półmroku. Kątem oka dostrzegam ruch w lewym zaułku. A może mi się tylko wydawało? Powinnam sprawdzić, ale świadomość, że ochrona jest na parterze i w razie czego nawet nikt mnie nie usłyszy, każe mi przyspieszyć kroku. Teraz jestem pewna, wyraźnie słyszę szybkie kroki za sobą. Jeszcze dwadzieścia, dziesięć metrów. Naciskam klamkę i odwracam się gwałtownie. Przede mną niczym mur wyrósł wielki facet z brudnymi włosami i dość mocnym odorem starego moczu. – Nie ma pani czegoś do jedzenia? Dostrzegam ruch za nim, szybko zamykam za sobą drzwi na zamek. Zdziwiona laborantka patrzy na mnie dość nieprzytomnie. – Zadzwoń po ochronę. Śpi tu kilku bezdomnych. Wiem, że na dworze jest coraz zimniej, ale muszę tej nocy przyjść tu jeszcze kilka razy i nie chcę się bać – tłumaczę się przed sobą i swoim odrętwiałym ze strachu sercem. *** Patrzę na niego, jak je. Lubię go wtedy obserwować. Jedzenie dla niego jest jak celebra. Każdy kęs, przymrużenie powiek i cichy pomruk są zapłatą za wysiłek włożony w przygotowanie posiłku. Jego twarz jest wtedy taka pogodna. Dziewięć lat razem, a ja wciąż to lubię. Budzi we mnie tkliwość i niemal mam ochotę mu powiedzieć o ciąży. Marzę, by zobaczyć jego radość. Wyobrażam sobie jego oczy, w których rysuje się miłość do mnie, i chcę poczuć to szczęście, które możemy sobie wzajemnie dać. Kocham go wciąż tak samo jak w dniu, w którym włożył mi obrączkę na palec. No właśnie. Kocham go. Dlatego mu tego oszczędzę. Kiedy minie pierwszy trymestr ciąży i wszystko jakimś cudem będzie w porządku, wtedy mu powiem. Wtedy się odważę. – Było pyszne, dziękuję. Zawsze świetnie gotowałaś. Podnoszę się z krzesła, zbieram talerze i siadam na nim okrakiem, opierając się plecami o stół. Całuję go w powieki. Delikatnie. A potem w nos i w usta. Ściągam koszulkę przez głowę i wpijam się w jego usta, tym razem na dłużej. Odwzajemnia z dużo większą siłą. Czuję jego ręce na moich piersiach i słyszę, że jęknął. Podnosi się z krzesła ze mną na sobie i sadza mnie na stole. Lekko odpychając mnie od siebie, robi trzy kroki w tył. – Nie. Ja już tak nie mogę – przeczesuje ręką potargane włosy. Wyraz mojego zdumienia na twarzy jest na tyle sugestywny, że kontynuuje niemal na jednym wydechu. – To donikąd nie prowadzi. Nie można tak żyć. Oszukujemy siebie od dawna, że to normalność, ale nią takie życie nie jest. Rodzina to mąż, żona i dziecko. A my jesteśmy jakimś sztucznym tworem. – Myślałam, że wystarczamy sobie. Mówiłeś, że najważniejsze, że mamy siebie… – Mówiłem, kiedy jeszcze miałem nadzieję, że będzie inaczej. Że w końcu się uda. Proszę, nie patrz tak na mnie. Sama przecież to czujesz, że nie jest w porządku. Dajmy sobie szansę na inne życie. Na pełne życie. – Ale przecież wiesz, że ja takiego życia być może nigdy nie będę mogła mieć. Może nigdy nie będę mogła mieć dzieci – przełykam systematycznie gulę, aby nie podeszła całkiem do gardła. Mówi to wszystko jeszcze z rumieńcami na twarzy po wcześniejszym podnieceniu. – Ale ja je chcę mieć. Zawsze marzyłem o dziecku, wiesz o tym. Daj zatem szansę mi… Zasłużyłem na nią… – Tak… zasłużyłeś… Podnoszę z ziemi rzuconą bluzkę i naciągam przez głowę. Łapie mnie za rękę, ale ją wyszarpuję. Chwytam tylko wiszące na haczyku klucze i zatrzaskuję za sobą drzwi. Chłód wieczoru uzmysławia mi dopiero, że wyszłam bez okrycia i w kapciach. Daleko się tak nie wybiorę. Nie mam jednak siły tam wrócić. Ruszam przed siebie. Pamiętam, jak wrócił kiedyś ze służby. Zmęczony, bo była sobota – dyskoteki i dużo interwencji. Zwinęli do radiowozu trzynastoletnią smarkulę, pijaną do nieprzytomności. Siedziała w rowie i nie była w stanie się ruszyć. „Jeśli byśmy jej nie zabrali, to zaraz jakaś grupka mocno rozbawionych kolesi by ją zgarnęła” – powiedział. Zawieźli ją do domu, a jej ojciec poszczuł ich psami i odgrażał się, że zrobi jej badania, czy jej nie tknęli. Chwilę potem znowu interwencja i dwóch agresywnych wyrostków. Skuł jednego i wsadził do radiowozu. Wtedy ten zaczął uderzać głową w kratkę oddzielającą pasażerów od kierowcy, aż rozciął sobie łuk brwiowy i zalał się krwią. Gdy kolega wrócił do radiowozu z drugim delikwentem, oświadczył, że chce złożyć zeznanie, że go Marcin pobił. Pamiętam, jak położył głowę na moich kolanach i powiedział, że jestem jego równowagą. Że jak kładzie się przy mnie, to cały ten zwariowany świat odzyskuje ład i porządek. Że jestem jego powietrzem i beze mnie by się udusił lub co najmniej zwariował. Jak widać, można żyć bez powietrza… *** Jak to się stało, że stoję pod drzwiami Lidki? Nie wiem, ile czasu szłam ani którędy, ale bezbłędnie trafiłam pod jej drzwi. To idiotyczne, jest prawie północ. Ma małe dzieci, na pewno już śpią. Ale gdzie pójdę? Co mam ze sobą zrobić w tych kapciach i bluzeczce? Nie wzięłam nawet portfela. Zapukam leciutko, jak śpią, to odejdę. Tylko co ja jej powiem? Dobra, na trzy. Raz, dwa, trzy. Nie słyszała. Nie zadzwonię, pobudzę wszystkich. Przejdę się jeszcze, może wymyślę coś innego. – Marta? Co się stało? – Mogę u ciebie przenocować? – Wejdź. Poprowadziła mnie po schodach na górę do pokoju syna. Wzięła go delikatnie na ręce i przeniosła do swojej sypialni. Wyjęła z szafy dodatkową pościel i posłała mi jego łóżko. Podała ręcznik i po dłuższej chwili przyniosła gorącą herbatę i swoją koszulę nocną. O nic nie spytała, rzuciła „dobranoc” i zamknęła za sobą drzwi. Słyszałam jeszcze, że coś po cichu tłumaczy mężowi, i dom pogrążył się w ciszy. Początkowo zmarznięta opatuliłam się szczelnie kołdrą, ale chwilę później wydała mi się potwornie ciężka. Miałam wrażenie, że mnie dusi i przytłacza. Cała się spociłam, więc ją z siebie zrzuciłam i otworzyłam okno. Wdychane łapczywie powietrze nie pomogło. Złapały mnie mdłości i w ostatniej chwili zdążyłam do łazienki. Potem zasnęłam i spałam jak zabita, dopóki nie poczułam zapachu kawy i nie zobaczyłam Lidki siedzącej na łóżku po turecku i wyciągającej do mnie gorący kubek. – Zawiozłam dzieci do przedszkola, Paweł jest w pracy. Wzięłam urlop na życzenie, więc jestem tu tylko dla ciebie. Masz, napij się i doprowadź do stanu używalności. – Nie, dziękuję za kawę. – Napij się, bo wyglądasz jak zombie. – Nie pijam kawy. – Nie pijesz kawy? Od kiedy? Co jest grane? – Patrzyła na mnie wnikliwie… i jest! Jej źrenice robiły się coraz większe i większe. – Cholera! Jesteś w ciąży, tak? Słyszałam, jak wymiotowałaś. Jak to możliwe? Zajęło jej to naprawdę kilkanaście sekund, aby połączyć ze sobą wcale nie tak oczywiste fakty. Rzygałam z nerwów, a kawy nie piję ot tak, na wszelki wypadek. Zajęło jej to kilkanaście sekund, a Marcin nic nie spostrzegł przez trzy tygodnie. – Nie, no co ty… – zaczęłam, ale nie dała mi skończyć. – Jestem twoją siostrą, do cholery, więc mnie nie okłamuj. Poza tym byłam w ciąży, pragnę ci przypomnieć. – Jestem… – Mój Boże, tak się cieszę – rzuciła mi się na szyję, ani na chwilę nie odkładając kubka z wrzątkiem. – Czy to… czy tym razem to pewne? – Nie! To